Śląscy Ridersi na NORDKAPP - Śląska Izba Lekarska

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej  szczegółów w naszej Polityce prywatności i cookies.
  • BIP
Otwórz menu/Zamknij menu

Trzy tygodnie podróży, osiem tysięcy kilometrów, siedem państw, trzysta pięćdziesiąt litrów benzyny w jednym z najdzikszych zakątków Europy. Ale zacznijmy od początku...

O Nordkappie – mekce turystyki motocyklowej myśleliśmy już od dawna. W tym roku w końcu udało zrealizować się nasze wspólne marzenie. Przygodę rozpoczęliśmy trasą Śląsk – Suwałki, gdzie nad Wigrami spędziliśmy pierwszą noc, pełni obaw przed przekraczaniem granic w czasie pandemii. Do przejścia granicznego pomiędzy Polską a Litwą jechaliśmy w kompletnej ciszy, ale... Udało się - witaj przygodo! Przez Litwę, Łotwę (z noclegiem i zwiedzaniem Rygi) oraz Estonię przemknęliśmy tranzytem po pięknej nadbałtyckiej serpentynie wijącej się wzdłuż piaszczystych plaż. W Tallinie krótkie oczekiwanie na prom do Helsinek i po dwóch godzinach rejsu stanęliśmy na fińskiej ziemi. Finlandia przywitała nas bardzo skrupulatną kontrolą graniczną i niesamowitą ilością komarów. Z Helsinek szybko przejechaliśmy do Lahti, a kolejnego dnia, 507 km później, zameldowaliśmy się nad brzegiem Bałtyku w Oulu, przy najpiękniejszej plaży Zatoki Botnickiej. Drogi w Finlandii proste jak stół, odległości ogromne, mijaliśmy setki jezior i jeziorek. Z Oulu kontynuowaliśmy naszą podróż na północ przez Rovaniemi, gdzie spotkaliśmy się ze świętym Mikołajem i złożyliśmy zamówienia na tegoroczne prezenty. Rovaniemi jest szczególne jeszcze z jednego powodu – właśnie tam, w trzydziestostopniowym upale, przekroczyliśmy granicę koła podbiegunowego (66°30′N – 25°42′E)i pożegnaliśmy noc. Od tego czasu przez najbliższe dwa tygodnie mieliśmy już jej nie zobaczyć. Ponieważ, mimo dnia polarnego, staraliśmy się wyruszać w drogę rano i nie podróżować w nocy, dzień zaczynaliśmy wcześniej niż większość Skandynawów, mając przez kilka godzin drogi na wyłączność. Następnego dnia, po nocy spędzonej w głuszy w towarzystwie komarów, rozpoczęliśmy atak na Nordkapp. Po przejechaniu ostatnich 100 kilometrów wśród skał, fiordów, urwisk i wodospadów, mijając stada reniferów, przechadzających się leniwie wzdłuż wybrzeża Morza Barentsa i pokonawszy słynny Nordkapptunnel (blisko 7 kilometrowy tunel wykuty w skale, biegnący 212 metrów poniżej poziomu morza, gdzie temperatura spada do 0 stopni celsjusza) naszym oczom ukazał się zniewalający obraz – urwiska nad brzegiem morza – koniec Europy. Dalej jechać już się nie da. Na Nordkappie spędziliśmy dwa dni. Zachwytom nie było końca, ale czas nas niestety gonił. W drodze na południe wybieraliśmy głównie narodowe trasy turystyczne Norwegii, podróżując wzdłuż wybrzeża i często korzystając z miejscowych promów. Zatrzymaliśmy się w Alcie, zwiedzając wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO muzeum z liczącymi blisko 9 tysięcy lat malowidłami naskalnymi, a następnie przez Tromso - miasto polarników, w tym sławnego Amundsena, którzy rozpoczynali tu wyprawy na Biegun Północny - dotarliśmy na Lofoty.  Archipelagowi wysp uznawanemu za jedne z najpiękniejszych wysp na świecie poświęciliśmy trzy dni – dotychczas biały piasek i krystalicznie turkusowe wody kojarzyły nam się z egzotycznymi wakacjami, ale lofockie plaże w niczym nie ustępują tym karaibskim (no, może poza temperaturą wody). Poruszając się lofocką trasą turystyczną, wśród suszących się w słońcu dorszy, mijając rybackie osady pełne kolorowych Rorbu, dotarliśmy do Å – miejscowości położonej na końcu archipelagu, przewrotnie nazwanej ostatnią literą norweskiego alfabetu. Dalsza droga na południe, z trzygodzinną przeprawą promową, zakończyła się tego dnia w saunie i kąpielą w fjordzie. Kolejna, najdłuższa z norweskich tras turystycznych, licząca 433km i obejmująca 6 przepraw promowych zajęła nam dwa dni, urzekając bogactwem zmieniającego się krajobrazu. Po przejeździe z Trondhaim do Kristiansund wjechaliśmy na trasę atlantycką – uważaną za najpiękniejszą na świecie drogę dostępną dla ruchu samochodowego. Główną atrakcją drogi jest osiem mostów przerzuconych nad wyspami zatoki, które zdobyły miano „konstrukcyjnego projektu stulecia” wkrótce po otwarciu trasy. Nocleg nad fjordem na końcu drogi atlantyckiej był także naszym pożegnaniem z wybrzeżem – dalej trasa prowadziła nas w głąb lądu przez  must have Norwegii – drogę trolli z jedynym na świecie znakiem ostrzegającym przed tymi stworzeniami i jeden z największych norweskich fjordów – Geiranger. Kończąc naszą norweską część wyprawy, wspięliśmy się na punkt widokowy Dalsnibba, by z wysokości 1,5 kilometra podziwiać fjord i, w środku lata, chodzić po śniegu. W trakcie całej wyprawy pogoda nas rozpieszczała – niemal codziennie towarzyszyło nam bezchmurne niebo i temperatury zdecydowanie nie kojarzące się z daleką północą. Z żalem przekraczaliśmy granicę norwesko-szwedzką. Kierując się na prom do Polski zahaczyliśmy o Goteborg, aż dotarliśmy do Karlskrony, gdzie z pokładu statku, pierwszy raz od wielu dni, podziwialiśmy zachód słońca. Oczywiście, planując kolejną wyprawę.

Autorzy: Małgorzata Morawiecka-Pietrzak, Mikołaj Pietrzak

mapa

 

Udostępnij